niedziela, 29 maja 2016

z życia wzięte

jeśli brakuje ci na wszystko czasu, wiecznie gdzieś pędzisz, niemal zawsze się spóźniasz
zacznij odmawiać trzy różańce dziennie
i zauważ tę rożnicę, która się wydarza





niedziela, 27 marca 2016

wstał

nie szukajcie.
nie znajdziecie.
nie ma Go tu.

wstał!

no i git.

no i niech już wreszcie przyjdzie!
przyjaciel
by rozjaśnić nasze mroki błękitnym światłem.
.

poniedziałek, 14 marca 2016

tydzień

Nagrzać się tym tutejszym słońcem.
Najeść się marakui, bananów i awokado.
Naprzytulać się, nauśmiechać, napowygłupiać.

Nie da się przecież tak na zapas.

wtorek, 23 lutego 2016

wilczym śladem

Nie doskwiera mi tu samotność. Nie taka fizyczna. Czytając wilczego bloga uświadamiam sobie, że chciałabym jej doświadczyć. Tutaj mogę próbować, ale to na nic - w tym kraju nie zaistnieje takie zjawisko. Nie da się pójść na samotny spacer; nie można usiąść gdzieś na jakąś chwilę, żeby podczas tej chwili nie przewinął się ktoś w zasięgu wzroku lub słuchu. Po prostu nie ma takiej możliwości. A ja tak bardzo jej potrzebuję. Bo kiedy to już się dzieje, kiedy tak fizycznie jesteś sam i prawie w każdym momencie jesteś zdany jedynie na siebie, paradoksalnie dociera do Ciebie świadomość, że właśnie nie jesteś sam. Że po pierwsze: sam tego chciałeś - nikt cię nie opuścił, to ty opuściłeś; po drugie: ze zwiększoną siłą uświadamiasz sobie, że tęsknisz, i że wrócisz, bo masz do kogo i po prostu możesz; po trzecie, najważniejsze: w fizycznej samotności, w dźwięku ciszy i własnych myśli w końcu dociera do ciebie to, co mówi Bóg. Jego słowa łagodnie dźwięczą w szumie liści i śpiewie ptaków. I mówi Ci o tym, że jest z tobą, bo On nie ma potrzeby opuszczać. I jeszcze o tym, że ty jak najbardziej opuszczać możesz, właśnie po to, by On mógł pokazać ci, że będziesz chciał wrócić. Nie mówi ci, że źle zrobiłeś. Mówi o tym, co dobrego może z tego wyniknąć.

Po obejrzeniu "181" przyszło do mnie pragnienie samotności. Takiej, która otwiera na bycie z ludźmi. I wróciły marzenia o tamtym kontynencie.

niedziela, 14 lutego 2016

Usłyszeć, żeby zobaczyć.

Radio to jest w ogóle jakiś kosmos.
I nie chodzi mi tu tylko o to, że nadając audycję, wrzucam coś w eter.
O to także, a może przede wszystkim o to, że to przestrzeń, która w połączeniu z  percepcją odbiorcy, a zaraz za nią z jego wyobraźnią, staje się sceną, na której odgrywają się najpiękniejsze widowiska. Widoczne tylko dla jednego widza - odbiorcy i autora zarazem. Nikt inny nie ogarnia tego w taki sam sposób. Każdy na swój własny.
Ach, no i do oglądania nie potrzebuje oczu.
Czyż nie jest to kosmos?


Ludziom, którzy wpadają na takie pomysły, należy się jakaś kosmiczna nagroda. Wierzę, że już mają ją tam zapisaną.









Ileż można zobaczyć, słuchając jedynie. O ileż więcej, niż kiedy się patrzy i ogląda.

sobota, 30 stycznia 2016

Powroty

Jako pierwsi pojawili się nasi bracia albinosi: Jackson, Silver i Egide. Przyjechali z tatą i wszyscy troje wyglądają jak jego nieco mniejsze wersje. Trzeba ich było porządnie wyprać i wyszorować, łącznie z tatą. To było dwa dni temu.
Wczoraj przyjechała Francine. I nasze zezujące sistrzyczki: Delphine, Renatha i Maryśka.Wczoraj też okazało się, że mały Egide niestety ma malarię.
A dziś to się już posypało. Sandra, Krysia, Anitha, Carole Ester, Pączki, Agnes, Eveline...już sama nie pamiętam. No i jeszcze Niespodzianka, o której za chwilę.
A w ogóle to powinni zacząć przyjeżdżać jutro! No.

Pisałam ostatnio o paczkach z kawą, które dostaję. Ale są też i bez.
W nich najczęściej można znaleźć przede wszystkim dużo zaskoczenia. I zapewne sporą dawkę dziecięcego szczęścia. Zapewne, gdyż jeszcze nie zdążyłam się o tym przekonać. Wszystkim, którzy poruszeni historią naszej Didianki wysłali jej na pocieszenie różne drobiazgi, winna jestem wyjaśnienie. I przepraszam, że nie pisałam o tym wcześniej.
Didi niedługo przed Świętami Bożego Narodzenia pojechała do domu. Wszyscy mamy nadzieję, że rzeczywiście go tam odnalazła. Jej mama zadzwoniła któregoś dnia i powiedziała po prostu, że można ją przywieźć. No i pojechała. Paczuszki dla Małej, które dotarły do nas już po jej wyjeździe, przechowywałam z nadzieją, że wróci i bardzo się nimi ucieszy. No i wróciła! Właśnie przed chwilą ją wyprzytulałam na powitanie. Wygląda na szczęśliwą. Co więcej - jest z nią jej mama z może-dwumiesięczną siostrzyczką, której przychodzenie na świat było najprawdopodobniej przyczyną wcześniejszych nieporozumień i braku kontaktu. Chyba jakoś wszystko się poukładało! Będę jeszcze tylko musiała wymyślić sposób, jak przekazać Didi prezenty, gdyż dzieciaków coraz więcej - w najbliższy wtorek nareszcie zaczyna się szkoła!

Jakieś pomysły? :)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Paczki z kawą

Rwandyjską kawę wysyłam do Polski jak tylko jest jakaś okazja, bo dobra. Podobno lepsza niż Lavazza. Z Polski natomiast przysyłają mi aromatyzowaną arabikę z Kwidzyna. Bo niektórzy tu w Rwandzie, w kraju kawą sypiącym (bo raczej nie płynącym), za taką właśnie tęsknią. Poza tym w kawie wciąż dobrze przesyła się prezenty urodzinowe. Dziś w końcu dostałam i odpakowałam. Nadawcom-sprawcom-rozdawcom dziękuję! I tęsknię.

Niech te kawowe paczki będą też pretekstem do napisania czegoś więcej. Rzadko to ostatnio robię i dotarło do mnie, że mi tej "aktywności" brakuje. Jakoś za szybko żyję. Prawie nie mam czasu na postój i głębszą myśl. A może nie o szybkość tu chodzi, ale powierzchowność. Tak właśnie. Prześlizguję się po powierzchni.

Ale w końcu dostaję prezent od Boga. W poszukiwaniu czegoś w-danej-chwili-niezbędnego, natrafiam na kartkę sprzed kilku lat od Bliskiej Osoby. Nie miałam pojęcia, że mam ją tu ze sobą. Właściwie, to już praktycznie w ogóle zapomniałam, że ją dostałam. Czytam i uświadamiam sobie, że bliskość była kiedyś bliższa. Teraz, może też trochę za sprawą fizycznej odległości, nosi znamiona dalekości. Niemal natychmiast zabieram się do odpisywania. Nie chcę tego stracić. Odpisuję na kartkę sprzed lat. Adres znam. Jak własny.

Dzisiejszy dzień był inny od reszty.
Każdy dzień zaczynam od Uczty. Codziennie rano jem z jednego stołu z tymi wszystkimi, którzy tak jak ja, czują głód. Jesteśmy tacy różni, tacy inni. I tacy jedno. Ten stół nas jednoczy. Przy nim przestaje mieć znaczenie to, czy masz na nogach buty. I czy może umiesz pisać. Albo czy kiedykolwiek byłeś poza granicami swojej wioski. I jak daleko zaszedłeś. Czy jesteś ofiarą, czy może oprawcą.
Dzisiejszy dzień był inny od reszty.
Dziś nie poszłam do stołu. Zaspałam.
I paradoksalnie dobrze się stało.
Bo zatęskniłam. Poczułam brak.
Potrzebowałam go poczuć.

Dzisiejszy dzień był inny. Przynajmniej trzy razy dziś zatęskniłam.




Trzy słowa najdziwniejsze

Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.

Kiedy wymawiam słowo Cisza,
niszczę ją.

Kiedy wymawiam słowo Nic,
stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie.
/Wisława Szymborska/


czwartek, 7 stycznia 2016

o tych zza muru

Znam już niemal każde z imienia. Nazywają mnie przyjaciółką, albo po prostu mówią do mnie po imieniu.
Na szczęście już prawie nigdy nie słyszę skierowanego w moją stronę "umuzungu".
Ich sympatię zjednałam sobie kolorem skóry (a jakże) i cukierkami (rzecz jasna).
Teraz staram się nauczyć moich małych przyjaciół, że w naszych spotkaniach wcale nie chodzi o rozdawanie słodyczy. Że warto być miłym dla innych, pozdrowić, uśmiechnąć się, wziąć za rękę i kawałek podprowadzić. Że można się z nami pośmiać tak bezinteresownie - tak, jak to one same robią między sobą, naturalnie.
Trudne to.
Bo one są takie urocze, że czasem nie mogę się powstrzymać. I znowu dostają po cukierku.
Dzieciaki z Agateko.
Ale powoli do przodu.
Walka trwa. :)









wtorek, 5 stycznia 2016

do Kibeho

Na drogę weź:
różaniec
i swoje grzechy.
wystarczy.
I tak będzie ciężko.

Taką radę dostałam od Brata Zdzicha.
Każdy z nas wziął jeszcze spory zapas wody, który i tak ostatecznie okazał się niewystarczający. I trudności innych, aby było im choć trochę lżej.
I poszliśmy.
Z Butare do Kibeho.
Taka pielgrzymka do domu. Międzynarodowa dodam. Polsko-słowacko-rwandyjsko-kenijsko-kanadyjska.
Trzydzieści kilometrów po tej rdzawej ziemi nieśliśmy nasze i innych ciężary.
I modliliśmy się językami. Sześcioma.
Tak było w połowie listopada.

A pod jego koniec do Kibeho pościągały tłumy na największe lokalne święto - rocznicę objawień Matki Słowa. Znów międzynarodowo.
Była wigilijna procesja ze świeczkami, w błocie i ze spływającym w ciemnościach woskiem.
Były kongijskie tańce na scenie na cześć Bohaterki.
I patchworkowe oczekiwanie na główne uroczystości dnia następnego.

Na sam koniec grudnia natomiast powtórzyliśmy pieszą drogę z Butare do Kibeho. Tym razem w towarzystwie ponad dwustu pięćdziesięciu innych młodych ludzi z Afryki i Europy. Przyjechali z Ugandy, Kongo, Burundi, Tanzanii i Kamerunu, żeby wspólnie z nami, Rwandyjczykami, Polakami, Słowaczkami i Niemkami, modlić się o pokój.




sobota, 19 grudnia 2015

trzy zero

Pomyśleć by można, że zmiana z dwójki na trójkę wymaga fajerwerków. Tak myślałam będąc jeszcze w Polsce. Smuciła mnie bardzo świadomość, że TEN DZIEŃ będę spędzać bez Rodziny i Przyjaciół. Że urodziny w Afryce to w ogóle super, jasne, ale czemu akurat te okrągłe? No bo jakich fajerwerków się tu można spodziewać?

Niedługo po przyjeździe do Kibeho poznałam Monikę, słowacką wolontariuszkę pracującą z miejscowymi kobietami. Czekało ją to samo - ta sama zmiana kodu, ten sam miesiąc. Różnica dziewięciu dni. Było jasne, że obejdziemy to razem. Pozostawało tylko pytanie: jak? Z siostrami przy kawie? W Regina Pacis przy fancie?

Zróbmy sobie prezent. Może Zanzibar? Wakacje życia? No pewnie. Kiedy, jak nie teraz.

Pojechałyśmy.
Na pięć dni.
Jak było?

Staram się znaleźć odpowiednie słowa. Jeśli powiem, że było dobrze, w Waszych głowach najpewniej zrodzi się pytanie: "ale jak to? tylko dobrze?". Mogę pisać, że było niesamowicie, nieziemsko, kosmicznie, rewelacyjnie, cudownie. Ale każde z tych słów osobno nie oddaje tego, jak było naprawdę. Wszystkie razem natomiast próbują zagadać i nie ujawniają istoty. Zostanę więc przy zwykłym "dobrze", które, choć takim prostym słowem jest, mówi o tym jak naprawdę było. I mówi o tym szczerze.
Dla tych, którzy wciąż czują niedosyt, dodam jedno z moich ulubionych słowackich słów, które właśnie wprowadzam do swojego słownika: było brutalnie dobrze.

Nasz perfektny polsko-słowacki team do zapamiętania na całe życie.
Miejsce również. I do powrotu jeszcze.




Następnie zalała mnie ogromna fala życzeń urodzinowych. To już w Kibeho. Jestem wdzięczna za wszystkie, niech się spełniają. Niektórym z nich z pewnością będę musiała pomóc - za te dziękuję szczególnie, bo w założeniu mają pracę nad sobą. Dziękuję za dźwięki, które popłynęły w moją stronę; za uśmiechy po drugiej stronie monitora; za ciepło, które dało się tu odczuć pomimo chłodnego i deszczowego dnia; za te spóźnione też pięknie dziękuję, bo dzięki nim ten jedyny-taki-dzień-w-dekadzie trwał jeszcze przez kilka kolejnych!



30 lat temu, 14 grudnia, jakoś po wieczornym dzienniku moja Mama mnie urodziła. I za to jej dziękuję.







poniedziałek, 9 listopada 2015

Didianne

Wyobraź sobie, że jesteś rodzicem.
Wyobraź sobie, że Twoje dziecko uczy się w szkole z internatem i nie widujesz go na co dzień.
Wyobraź sobie, że zbliża się zakończenie roku.

A teraz wyobraź sobie, że to dziecko, to już nie Twój problem - nie odbierasz go z umówionego miejsca, nie zabierasz ze sobą do domu na wakacje, nie odbierasz telefonów ze szkoły.
Potrafisz?

No właśnie.

Didianne.
Dziesięcio- może jedenastoletnia dziewczynka z umówionego miejsca spotkania w Kigali wróciła do Kibeho. Pół dnia niewygodnej jazdy w zatłoczonym busie tylko po to, by się przekonać, że jest niechciana/niekochana/zapomniana/jest ciężarem. Drugie pół z powrotem. Bezgłośny płacz. Wielkie łzy.  I tylko głębszy oddech co jakiś czas.
Póki były jeszcze szóste klasy, Didi potrafiła na chwilę zapomnieć. Superowe starsze koleżanki zaopiekowały się Małą jak swoją młodszą siostrą. Niestety - i one wkrótce wyjechały.
W internacie dziewcząt zostałyśmy same - ja i smutna Didi. Żeby choć trochę pocieszyć Małą podarowałam jej czapkę z daszkiem i trzy cukierki. Pierwszego wieczoru Mała nie chciała nawet przebrać się w piżamę, przeczuwając samotną noc bez koleżanek obok. Sytuację uratował komputer z internetem i internet z bajkami w kinyarwanda (ciężko było coś znaleźć, ale ostatecznie się udało) . Razem z Doro usypiałyśmy trzęsącą się ze smutku Didi. Usnęła z cukierkami w dłoni.
Rano obudziły mnie odgłosy krzątania. Popatrzyłam na zegarek - 5:30. Wstałam, wyszłam z mojego pokoju i zobaczyłam Didi w pełnej gotowości, przebraną, w podarowanej czapce na głowie. Zobaczyłam pięknie zaścielone łóżko, poskładane rzeczy i... trzy cukierki w dłoni. Mała była gotowa na nowy dzień.
Następnego wieczoru usypianie udało się już bez bajek.
Wystarczyła nasza obecność.








środa, 4 listopada 2015

ja już tęsknię!

Ach, zatem...

DZIECI.

...dowiaduję się, że kochają mnie jak ryba wodę.
...przytulają się za każdym razem, gdy mnie widzą (słyszą).
...mówią do mnie w kinya z nadzieją, że tym razem zrozumiem i (co gorsza) odpowiem też w kinya.
...obiecują, że będą dzwonić z wakacji (jeśli tylko dam im swój numer).
...nazywają Ciocią, Siostrą lub Weroniczką (Weronitką właściwie, haha), a także Wero, lub też (częściej) Welo, co powtarzane kilka razy pod rząd daje Lowe, uhuhuuu <3
...prawią komplementy. =)
...uśmiechają się.
...pożyczają parasole.
...podają rękę na powitanie i nie puszczają lecz ciągną mnie za sobą. (kocham to!)
...głaszczą moje włosy. (uwielbiam:))
...z wdzięczności oddają mi swoje lizaki (!).
...zapraszają do swoich pokoi na wizytę, tak żeby posiedzieć i pogadać o głupotach.
...a potem odprowadzają mnie (eskortują wręcz!) do mojego pokoju.

Niestety.
Dziś z samego rana większa część z nich pojechała już do domu. Zostały jedynie szóste klasy, które piszą jeszcze państwowe egzaminy - pojadą w piątek, jak już będzie po wszystkim.
Zaczynają się wakacje!

Odpoczniemy.
I zapłaczemy się na śmierć.


Wszyscy gotowi skoro świt!

Uziel z wałówką na drogę. Sweeeeet :)

Julien - nasz kongijczyk; inicjator mówienia do mnie per "Weronitka" :)

Fabrice - czeka go dłuuuga droga do domu. Ale przecież trzeba wyglądać przyzwoicie!
S. Bogumiła też chce na wakacje! ;)

Djanathi - nasza piękna muzułmanka o różowych oczach! (musicie uwierzyć mi na słowo ;))

Erikowi udało się usiąść koło kierowcy. Hurra!

Błogosławieństwo w postaci porządnej ulewy otrzymały najmłodsze dzieciaki, których bus zepsuł się gdzieś po drodze i musiały czekać na samochód zastępczy


Doro dzielnie walcząca z oporem materii...

Widzimy się za dwa miesiące!!!

sobota, 24 października 2015

Wydaje mi się, że mi się wydawało

Tak sobie jestem w tej Afryce.
Czas leci. Sama nie wiem gdzie znikają kolejne tygodnie.
Jest tyle do opisania!
W ogóle nie ma chęci.

Kiedy osoba, na którą liczyłeś zawodzi, twój świat przewraca się do góry nogami.
Kiedy świat przewraca się do góry nogami, wszyscy którzy byli u podstaw nagle spadają z wielkim hukiem z wysoka.
Kiedy huk się wzmaga, uciekasz w stronę ciszy. Nie robisz fajerwerków.

Długa cisza oznacza, że pewnie nie masz czasu, żeby znów coś powiedzieć.
Może też oznaczać, że nie ma o czym mówić.
Albo to, że nie warto, bo nie ma kto słuchać.
I pewnie oznacza jeszcze kilka innych rzeczy.

Na przykład, że to co zostało już powiedziane musi wybrzmieć.

Miesiąc to dużo czasu. Dużo czasu, który płynie wartkim strumieniem i znika z pola odczuwania tak szybko, iż mogłoby się wydawać, że tylko mi się wydawało.

Tymczasem miesiąc wydarzył się na pewno. Świadczy o tym przewrócona karta w kalendarzu i wszyscy naokoło, którzy utrzymują, że zaraz zacznie się listopad i znów trzeba będzie przewrócić. Świadczą też o tym wyśmienite humory dzieciaków - minął ostatni miesiąc nauki i razem z nim tydzień wypełniony egzaminami. Na najbliższy poniedziałek został jedynie egzamin z informatyki, ale to przecież sama przyjemność. A zatem praktycznie zaczęły się wakacje - znacie to uczucie, prawda? No to chyba nie muszę opisywać, co tu się wczoraj wyrabiało. :)

Rzeczony miesiąc minął też pod hasłem "Dorota". Nowa twarz; nowe, chętne do pomocy ręce; nowe, otwarte serce. Przyjechała tak jakoś właśnie pod koniec września. A wydaje się jakby była tu od zawsze.








piątek, 25 września 2015

usłysz i uwierz

Słyszę dzisiaj
Przyszła chwała tego domu będzie większa od dawnej, mówi Pan Zastępów; na tym to miejscu Ja udzielę pokoju (Ag 2,9)
i zastanawiam się, czy potrafię.

środa, 16 września 2015

status quo

Dziś na fb wyświetlił mi się wczorajszy status księdza Wojciecha Węgrzyniaka:
Jeżeli nie zaczniemy bardziej słuchać Słowa Bożego i więcej się modlić, to się będziemy wiecznie kłócić. Tylko tematy będą się zmieniać.
Matko, jakie to prawdziwe.
Zarówno w huczącym od imigracji internecie, jak i w zacisznej placówce misyjnej.

Widzimy same drzazgi.
Nie dostrzegamy belek.

czwartek, 10 września 2015

wszystko cokolwiek tak i wy nawzajem

Ponad trzy lata temu zostałam poproszona przez bardzo drogą mi osobę o przeczytanie fragmentu Pisma podczas jej ceremonii ślubnej. Tak wyszło, że przygotowując czytanie nauczyłam się tego fragmentu na pamięć. Zrobiłam to wtedy dla nich, dla niej i jej męża. Ale nie miałam pojęcia jak wiele oni zrobili dla mnie prosząc mnie o tę przysługę.
Od tamtej pory to Słowo we mnie żyje. Ja żyję dzięki niemu.

Przypomina mi, że jestem ważna. I jak jestem ważna. Że jestem piękna i kochana, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Uświadamia, że zostałam wybrana. Uczy mnie tej miłości, którą zostałam obdarzona.
Pokazuje, że jestem we właściwym miejscu. Nie tylko fizycznie.
Jest dla mnie wyrocznią, zwierciadłem w którym codziennie mogę się przeglądać po to, by zauważać niedoskonałości i móc je poprawiać.
Pokazuje mi drogę, którą mam iść. Rozjaśnia ciemności braku dystansu.
Uczy chyba-najtrudniejszej-rzeczy-na-świecie: wybaczania.

I daje przykład jak bardzo mogę być wdzięczna.

Tym Słowem jest dzisiejsze pierwsze czytanie -  fragment Listu do Kolosan.
Zacytuję go teraz w całości, bo nie ma tam słowa, które mogłabym pominąć.

Jako więc wybrańcy Boży - święci i umiłowani - obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem; jeśliby kto miał zarzut przeciw drugiemu - jak Pan wybaczył wam, tak i wy. Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego zostaliście wezwani w jednym ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was mieszka z całym swym bogactwem, z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego.

wtorek, 1 września 2015

Dzień Pański przyjdzie tak, jak... złodzieje kubłów.

Od miesiąca wszyscy tu modlą się o deszcz, który właśnie wczoraj spadł. Prawdopodobnie padało przez całą noc, lub większą jej część.
To dobrze.
I źle.

Mam wrażenie, że to właśnie deszcz zmotywował złych ludzi do działania. Bo w nocy także zostaliśmy okradzeni.

Włamano się do szkolnego budynku A, w którym, między innymi, znajduje się pracownia ceramiczna.

Nie wiem jak złodzieje sforsowali żelazną bramę wejściowo-wjazdową na teren szkolny. Bardzo możliwe, że po prostu była otwarta. Ach tak, chyba rzeczywiście była - watchmen odpowiedzialny za tamten teren przyznał się, że nie zamykał jej, bo była zepsuta. (?!) Ciekawe od jak dawna. I ciekawe, czemu nikt więcej o tym nie wiedział.
Żelazne drzwi wejściowe do szkoły ustąpiły zapewne za pomocą łomu. O tak:
Następne, pierwsze drzwi na prawo, drewniane, to drzwi do pracowni ceramicznej. Dwuskrzydłowe, więc pewnie wystarczył im mocniejszy kopniak.
No i okradli nam pracownię. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was mógłby się w ogóle domyślać, co zabrali.
Otóż, z całego wyposażenia pracowni, zginęły nam cztery plastikowe, około stulitrowe, pojemniki na masę. Nic innego. Złodzieje zadali sobie trud opróżnienia pojemników, dzięki czemu cały znajdujący się tam materiał mamy teraz na podłodze.
Dzięki temu również mamy ślady sprawców.
I co z tego.
Jesteśmy w Afryce, gdzie kradnie się brudne, opisane, plastikowe pojemniki i nie zabezpiecza się śladów. Panowie policjanci przyjechali (a w zasadzie zostali przywiezieni przez naszego szofera i nasz samochód) i pooglądali sobie budynek oraz pozapisywali, co zobaczyli. I na tym koniec.

Nie zginęło nam nic z tego stołu:
co może świadczyć o tym, że złodzieje nie poznali się na naszej sztuce. Lub o tym, że jest nic nie warta. ;)

Nie zginęła też żadna z dwóch par moich butów, choć jak widać na załączonym zdjęciu śladów, mogłyby się przydać. Prawdopodobnie dokładnie wiedzieli, po co przychodzą. Nie zajmowali się zatem błahostkami.

Na koniec brudnej roboty, użyli pracownianej firanki do wytarcia rąk. Uroczo, nieprawdaż?

Jest kilka plusów całej tej sytuacji.
Po pierwsze, brudna robota zajęła złodziejom trochę czasu i sił, dlatego nie zdołali już włamać się do kolejnych pomieszczeń. Choć próbowali do wszystkich - tam jednak drzwi są jednoskrzydłowe, więc nie było tak łatwo. Z jednego, które było otwarte, zabrali dwa materace, które były tam od czasu zeszłorocznych egzaminów, kiedy to przebiegu wszystkiego pilnowali mundurowi urzędnicy państwowi, a jako że egzaminy trwały kilka dni, panowie musieli gdzieś nocować.
Z tych kolejnych pomieszczeń złodzieje mogliby zabrać dużo cenniejsze rzeczy - między innymi cały asortyment szkolny, który przybył do nas z ostatnim kontenerowym transportem. Oraz nierozpieczętowane jeszcze pryzmy papieru brajlowskiego, który to papier tu na wagę złota jest, bo bardzo trudno go w ogóle dostać.
Po drugie, wywalanie tej gliny z tych pojemników w celu przerobienia jej i uplastycznienia i tak mnie czekało. Może nie zrobiłabym tego z takim rozmachem, i na przykład masę lejną przelałabym do innego, mniejszego pojemnika, ale połowę roboty w zasadzie za mnie wykonali. Teraz tylko poczekać muszę na dostawę nowych kubłów, które zdeklarowali się sfinansować, pociągnięci do odpowiedzialności za niewywiązanie się z obowiązków, watchmeni. Dwóch z nich zostało zatrzymanych na posterunku do czasu zwrócenia dwóch trzecich równowartości szkód. Natomiast ich szef, który często na noc wybywał do kabaretów, albo po prostu spał, bo kabarety odwiedzał wcześniej, został zwolniony z policji i wrócił do swoich obowiązków (ktoś musiał, a jemu siostry najbardziej ufają, bo pracuje najdłużej i jest "uczciwy" - termin ten nabiera tu nieco innego znaczenia...), ale otrzymał ostrzeżenie, że przy kolejnym przyłapaniu go na drinkowaniu, wylatuje z hukiem.





Przyznam, że bawi mnie teraz ta cała sytuacja. Rano wcale nie było mi do śmiechu, bo złodziejstwo wcale nie jest zabawne. I jutro pewnie też do śmiechu mi nie będzie, bo masa na podłodze nie może leżeć, więc trzeba się będzie zabrać za sprzątanie.




Natomiast tym, co nie rozważali Słowa z dzisiejszego dnia, ani nie byli na Eucharystii, polecam przeczytać: 1 Tes 5,1-6.9-11. Można tutaj. :)

Takie to złodziejaszki mają wyczucie. A może sposób na ewangelizację? ;)

sobota, 22 sierpnia 2015

prze-błyski



Dużo się działo. Dużo się dzieje.
Im więcej się dzieje, tym więcej chciałoby się pisać.
Tym mniej jest na to czasu. I siły.

Dlatego czasami odpuszczam.
Żeby zachować resztki siebie.
A potem odtwarzam to, co zachowałam w pamięci.

15.08

Bogu dziękuję za wyładowaną baterię w aparacie w trakcie tej półgodzinnej procesji z darami.
Mogłam powrócić do tego, do czego zostałam wezwana. Jako błogosławiona.






17.08
Płacz nie jest dobry na wszystko. Jest dobry tylko na niektóre.
Czasami jest zupełnie mimowolny i niezrozumiały, ale staram się go akceptować.



16.08
Zabieliło się.
Spotkanie rodaków z całej Rwandy - Dzień Polski w Ruhango. Tam gdzie ksiądz Staś i Boże Miłosierdzie. Jeśli widziałeś "Ja Jestem" to wiesz, kim jest ksiądz Staś (drugi od prawej w pierwszym rzędzie). Natomiast czym jest Boże Miłosierdzie możesz napisać pod spodem w komentarzu. I nie musisz w tym celu oglądać żadnego filmu.



20.08
Wielkie tekturowe pudło od Rodziny i o Rodzinie rozmowy przy kolacji. Codziennie można znaleźć w swoim życiu sto powodów do bycia wdzięcznym. Codziennie Rodzina jest jednym z pierwszych.



14.08
Wigilia. Pierwsze zetknięcie na żywo ze słynnym pielgrzymim tłumem. Rwanda, Uganda, Kenia, Tanzania, Burundi, Kongo. Pojedyncze osobniki ze Stanów i z krajów azjatyckich. I my: Polacy i Słowacy. Piękni i europejscy. Widoczni, widziani i oglądani.





18.08
Podróż z Clementem i Donatienem do przychodni dziecięcej dr. Uty. Ich krew będzie badana przez niemieckich specjalistów. Może uda się sprawić, by jeszcze trochę urośli.







W tym szaleństwie nie ma żadnej metody.