środa, 5 marca 2014

post

od złych słów i tożsamych im myśli
od nicnierobienia
od nienaturalności
od niebycia sobą
od pogardy
od pyszności
od udawanej życzliwości
 

od słuchania, które zagarnia myśli


Wiara rodzi się ze słuchania wszakże.
Niewiara także.

wtorek, 4 marca 2014

to jest ważne

Rozbraja mnie uśmiech na ich twarzach. Wiadomość o wyjściu do Nyarushishi powoduje niemałe poruszenie. Tym razem idziemy pieszo. Zgłasza się 35 osób! Ostatecznie idzie 39. Wychodzimy o 8:30, co w praktyce oznacza dziewiątą. I tak jest dobrze. W pół godziny docieramy na miejsce, więc znów mamy dobrą godzinę zabawy na boisku zanim pójdziemy na Eucharystię. Przez godzinę czterdzieści niedowidzących i niewidomych osób naraz biega za jedną piłką! Niby chaos, ale każdy z nich dobrze wie, w którą bramkę ma strzelać, więc jakoś się to rozwija. Aplauz drużyny po strzelonym golu brzmi jak uradowana publiczność na trybunach! Oczywiście są też ofiary. Niewielkie na szczęście - dwa stłuczenia - ale dyspanser i tak trzeba będzie zaliczyć. Najważniejsze jest to, że każdemu cieszy się buzia. Jednego z goli strzela Emmerance, poszkodowana we wczesniejszej, zawzietej walce o piłkę i z radości na chwilę zapomina o strasznym bólu.
I jeszcze do tego na koniec Eucharystia w kinyarwanda! To miła niespodzianka, bo zazwyczaj jest po francusku. Co więcej, księża marianie udostępniają też dzieciakom bęben, jedna z dziewczynek, Francina, intonuje pieśni, więc oprawa muzyczna jest pierwszorzędna. Wracając z Nyarushishi ocieramy się o tropikalną burzę - na szczęście na czas udaje nam się schować w internatach. Jemy obiad w towarzystwie żywiołu szalejącego za oknem (pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego rzeczywiście za oknem, a nie za szkłem telewizora).

Jest dobrze. Jestem szczęśliwa, kiedy oni są. Regis dostał od adopcyjnych rodziców małą empetrójkę i przyszedł prosić o pomoc w uruchomieniu. Wgrywam mu tam jedyny fajny album, jaki mam na dysku - będzie tego słuchał na okrągło do czasu, kiedy wgram mu całą resztę, którą dosłała mi Miss. Najpierw sama muszę to przesłuchać, bo mam wrażenie, że na niektóre teksty jest jeszcze za młody. Zanoszę Regisowi jego własność i przy okazji pytam o Bruna. Bruno też ma empetrójkę, ale podobno "coś się z nią stało". Otóż stało się - zniszczyły się słuchawki. Tak się składa, że przypadkiem wzięłam ze sobą do Rwandy dwie pary słuchawek, których w ogóle tu nie używam, bo o sprzęcie do odtwarzania zapomniałam. Właściwie to zrobiłam to celowo, i trochę teraz żałuję. Przed wyjazdem myślałam sobie: jadę do Afryki, będę słuchać Afryki. Nie będę zagłuszać jej muzyki tą przywiezioną ze sobą. I dobrze - uwielbiam słuchać Afryki. Ale teraz, po miesiącu pobytu wiem, ze tamtej też mi brakuje. Uświadomiłam sobie to mając w uszach dopiero co wgranego Matisyahu na regisowy sprzęt.
Ale wracając do słuchawek: jedna z tych par, które przywiozłam to pozostałość po telefonie, który kiedyś bezmyślnie położyłam na dachu samochodu... Wielu z Was zna tę historię. A zatem, pozbędę się go do reszty. A Bruno będzie wniebowzięty.

Biedny Bruno - w sobotę obiecałam mu, że przyjdę do niego z tymi słuchawkami. Poszłam dopiero dziś...  Wiem, że na mnie czekał, bo gdy przyszłam, odtwarzacz miał schowany w kieszeni. Słuchawki pasują, ale niestety przekłamują dźwięk. Jutro sprawdzę te drugie.
Za każdym razem gdy odwiedzam internat chłopców oplata mnie wianuszek czwarto- i piątoklasistów. Głaszczą mnie po rękach, po włosach, przytulają się. Trochę dlatego, że zazwyczaj rozchodzi się o jakiś ciekawy sprzęt. I dlatego też, że po prostu tego potrzebują.


Ps 85,9
Chciałabym słuchać tego, co do mnie mówisz
Ogłaszasz pokój nam, tutaj
Niech się nie stają znów nierozsądni ci, co za nich odpowiadają.

piątek, 28 lutego 2014

dobrý deň

Wczoraj miałam naprawdę dobry dzień. Dobry dzień jest wtedy, kiedy udaje mi się uniknąć bycia mimowolnym słuchaczem. Mogę czerpać wtedy z tego, co czerpania jest warte i nic owego czerpania nie zaburza. Dość powiedzieć, że było bardzo ciepło, słonecznie i ani trochę nie padało, a dzień wcześniej byłam przekonana, że pora deszczowa rozhulała się już na dobre. Druga rzecz to pączki. Już sobie planowałam ponarzekać trochę, że cały internet wręcz ocieka tłuszczem ze smażenia, a że ja tutaj w Rwandzie ewentualnie mogę sobie spróbować... przypomnieć jak smakują. A tu masz - siostry zrobiły! Pyszne, z dżemem truskawkowym. I dostaliśmy całą michę. Zjadłam dwa po południu i dojechałam na nich do dzisiejszego śniadania. Zatem polska tłusta tradycja zaliczona.

Kolejna dobra rzecz to świeżutka, pachnąca, nie-tłusta (bo jedynie trzymiesięczna) wiza w paszporcie. Sama po nią pojechałam! To znaczy pojechałam z Kjubem, ale ja prowadziłam. Zaczyna mi się podobać jazda terenowa! Boję się, że jak wrócę do Polski, to przestanę w ogóle jeździć, bo mi będzie wrażeń brakowało na naszych wcale nie gładkich asfaltach. ;)

Na zaliczenie wczorajszego dnia do dobrych złożyła się też moja kolejna wizytacja na lekcji pierwszej klasy szkoły drugiego stopnia, popularnie zwanej klasą siódmą. Tym razem była to lekcja fizyki, na której przeprowadzane było doświadczenie, dzięki któremu otrzymana została masa i objętość powietrza z piłki futbolowej, jednej z tych, które tu ze sobą przywieźliśmy. A wszystko po to, żeby obliczyć jego gęstość. Super sprawa - nie przypominam sobie, żeby mi się tak kiedykolwiek podobały lekcje fizyki...

Bardzo ważna dobroć na liście wczorajszych dobroci, to nasze wolontariackie luźne wyjście "na wioskę". Monika, wolontariuszka ze słowackiej pomocy, pracująca w Kibeho jako nauczycielka zawodu: gospodyni domowa, pokazała nam swoją "działkę". Również dosłownie, bo poza gotowaniem, szyciem ubranek dla dzieci czy robieniem mydeł z oleju palmowego, wraz z tutejszymi kobietami uprawia kilka poletek z kukurydzą, słodkimi ziemniakami, kapustą i innymi niezbędnymi do życia płodami ziemi. Piękna rzecz. Szkoda tylko, że niedoceniana. Monika codziennie przychodzi do pracy, z której nie czerpie żadnych materialnych korzyści, jest tutaj dla tych kobiet, żeby pomóc im się rozwijać, a ich zwyczajnie nie ma. Albo jest garstka. To wszystko powinno hulać, bo są ku temu możliwości, ale niestety - ledwo przędzie. Ja się pytam: dlaczego? Nasuwa mi się prawdopodobna odpowiedź, ale o tym przy innej okazji. Następnie razem z Moniką udaliśmy się do Regina Pacis - domu pielgrzyma znajdującego się w pobliżu sanktuarium - posiedzieć przy butelce ulubionego napoju w świetle zachodzącego słońca. 


Dziś natomiast znów słuchałam różnych rzeczy.
Dlatego o dziś nie napiszę.

wtorek, 25 lutego 2014

Ślepi są ci, co widzą

Usilnie staram się zachwycić pięknem tego, co widzę siedząc na ganku dziewczęcego internatu. Otwieram uważnie oczy. Jestem świadoma tego piękna, ale zachwyt nie przychodzi łatwo. Walczę o choćby ochłap, namiastkę ucieczki od tego, co nieuniknione. Powoli zaczynam się dusić słowami niewypowiedzianymi na głos. Półszeptów mam już po dziurki w nosie. Gęstniejąca atmosfera paraliżuje moje ruchy i zamyka powieki. Odpływam. Chciałabym umieć zamknąć uszy i prawdziwie ujrzeć. Zobaczyć prawdę, którą ktoś widział kiedyś gdzieś pośrodku. Gubię się już w domysłach, dociekaniach, donosach, dowodach. Chcę odpowiedzi, odpowiedzialności, odreagowania. Nie chcę odwetu. Boję się, że jednak będzie. Nieuniknione ma to do siebie, że w końcu się wydarza.
Jestem bezradna.
Ty nie jesteś. Bo Jesteś. I jesteś w stanie odwrócić bieg i przywrócić zachwyt.
Błagam.

Azariasz już do nas wrócił. Jest na lekach, opiekuje się nim jego starszy brat. Byli dziś w szpitalu psychiatrycznym. Jutro znów tam jadą poszerzyć doktorowi ogląd sytuacji. O ile rzeczywiście najważniejszy będzie Azariasz, a nie urażona duma jednych, drugich czy trzecich. Ślepi są ci, co widzą. Niewidomi widzą dużo więcej.

Bądźcie jak dzieci, a nie ich kosztem.

niedziela, 23 lutego 2014

Azariasz

Jest o czym pisać. Zdecydowanie. Nie zawsze jest jednak możliwość. To prąd wyłączają, to internet zabierają, to internet sam się zabiera i znika gdzieś przed najniższą kreseczką, to znowu całodniowa wyprawa na jakieś safari lub pół- do najbliższego miasta na targ, czy też nocny wypad do stolicy w celu odwiezienia kolegi na samolot. No żywcem nie ma kiedy wyjąć dwóch godzin na pisanie. A wszystko, o czym się chciało urasta do rozmiarów kilkudziesięciostronicowej książki. No bo i o prądzie, a w zasadzie jego braku; i o dzikich zwierzętach na wyciągnięcie ręki; o słodkich owocach i targowaniu; i o spaniu w Toyocie by można. I tych dwóch godzin nie starcza. Teraz na przykład mam godzinę piętnaście na skończenie i opublikowanie tego posta, gdyż po tym czasie Motorek idzie spać i my, siłą rzeczy, również. Motorek jest na chodzie prawdopodobnie przez dzisiejszą burzę - albo gdzieś walnęło i pozbawiło nas elektryczności, albo wyłączyli profilaktycznie i zapomnieli włączyć.
...
Drodzy, którzy to czytacie. Jest godzina 22:47. Przed godziną zadzwoniła s. Fabiana z prośbą o poprowadzenie samochodu. Właśnie wróciłam z nocnego nagłego wyjazdu do miejscowego dyspanseru. Zawieźliśmy tam Azariasza, chłopaka z siódmej klasy, z objawami traumy. Na razie nic nie wiemy, ale proszę, jeśli możecie, wesprzyjcie go modlitwą, dobrą myślą. On tego bardzo potrzebuje.

Z pisania dalszego dziś zatem nici. I tak się zdarza. Zaraz nie będzie prądu a i ja na razie nie mogę zebrać myśli. Obiecuję, że jeśli znajdę okazję, to napiszę coś jutro. A teraz dobrej nocy Wam i proszę, trzymajcie kciuki za Azariasza.

środa, 19 lutego 2014

...jak potłuczona ;)

No i gdzie bym się nie ruszyła, wychodzi na to, że usilnie szukam męża. Tu gdzie jestem panuje przesąd, że jeśli kobieta często tłucze naczynia i robi wokół siebie dużo hałasu to znaczy, że próbuje na siebie zwrócić uwagę płci przeciwnej. Domyślacie się już co mnie spotkało. Tak właśnie - wczorajszy dzień rozpoczął się i zakończył poszukiwaniami - rano stłukłam słoik z dżemem, a wieczorem talerz. ;) Całe szczęście, że nie rozwaliłam nic w ciągu dnia - a okazji było sporo! Wybraliśmy się bowiem do fabryki ceramiki użytkowej... Na miejscu zastaliśmy bardzo ciekawe zabudowania, wyglądające trochę jak skansen, na pierwszy rzut oka beż żywej duszy. Po zaglądnięciu do kilku zakamarków okazało się, że są żywe i nawet pracujące.
Tu pan toczy wazonik na kole

a tu panowie odszkliwiają
Fabryczka w Gathagara to prawdopodobnie największa (jedyna?) w całej Rwandzie pracownia ceramiczna. Taka zatrudniająca pracowników, no bo nie mówię tu o indywidualnych warsztacikach garncarskich, których pewnie znajdzie się więcej, choć niewiele więcej. Znajdzie się też jakiś jeden artsyta - ceramik. W Butare można zobaczyc jego dzieło - taki rwandyjski odpowiednik kamieniczek Gaudiego.
To prawdopodobnie jedyny taki budynek w Rwandzie - elewacja częściowo zdobiona ceramiką!



Nie wiem, może jest to oczywiste, ale wspomnę: glinę w Rwandzie znajduje się na polach. Nigdzie się jej nie kupuje - jak ktoś potrzebuje, to idzie poszukać. Jest tego trochę - są złoża gliny białej i czerwonej. Nam do naszej pracowni też taką przynoszą. Żeby było ciekawiej - na głowie, w wiaderkach lub rozwalających się workach polipropylenowych. I zawsze kobiety. W Gathagara taką polną glinę mieszają jeszcze w odpowiednich proporcjach z kaolinem i krzemem (których złoża też mają pod nosem), co i my powinniśmy zrobić, bo nasze próby po ostatnim ostrym wypale ciągle można połamać w palcach! (to się - mam nadzieję - do poszukiwań nie zalicza...) Wszystko, czego potrzeba do ulepszenia składu, gdzieś pod trawą pewnie można znaleźć. Zatem będziemy poszukiwać.

niedziela, 16 lutego 2014

Piłka w grze!

Pisałam Wam już o tym, że nasze dzieciaki są super? No bo wiecie, one naprawdę są świetne.
Dziś rano wybraliśmy się z szesnastką chłopaków do Księży Marianów, do Nyarushishi, jakieś trzy kilometry od nas. Tu na wieść, że wybieramy się grać w piłkę do Nyarushishi skacze się z radości. Skacze się dwa razy wyżej na wieść, że wybieramy się tam samochodami. Nie ma problemu z tym, że Eucharystia u marianów będzie w języku francuskim. I że trzeba wziąć ciuchy na przebranie, bo w kościelnych przecież nie będziemy grać. Przebieranie polega na tym, że ubieramy wszystko na siebie, czyli wyglądamy, jakbyśmy szli do kościoła, po czym zdejmujemy wierzchnią warstwę, co oznacza, że możemy iść grać; następnie po skończonej grze przebieramy się w kościółkowe - czyli z powrotem: na te, w których graliśmy, ubieramy te, które wcześniej ściągnęliśmy. Można? Można. Tym sposobem nie martwimy się o to jak położyć i gdzie zostawić, żeby potem nie pomylić i nie zapomnieć. No i nie trzeba tego wciąż nosić w rękach. Marcin wziął Toyotę, a do niej Zosię (polską wolontariuszkę uczącą m.in. matematyki) i trzynastu chłopaków; ja prowadziłam Maluszka (!), do którego zmieścił się jeszcze Kjub i trzej najmniejsi chłopcy. Jazda była krótka, ale bardzo dla dzieciaków atrakcyjna: rzucało, podrzucało, wiało w twarz i warczało. Na miejscu byliśmy przed 10, więc mieliśmy dobrą godzinę na to, żeby się wyszaleć na boisku z nowiuteńką piłką przywiezioną z Polski. Ja i Kjub staraliśmy się dokumentować to szaleństwo. :) Patrząc na biegających z piłą chłopaków nie chciało się wierzyć, że są niedowidzący, a niektórzy z nich zupełnie niewidomi!
Po skończonej grze (wynik 2:2), chłopcy zostali poczęstowani przez br. Łukasza wodą do mycia i picia. Następnie wszyscy udaliśmy się na Eucharystię, a po niej bracia marianie, br. Leszek i br. Grzesiek przywitali nas i oprowadzili po ich terenie. Widzieliśmy wielką rzeźbę Chrystusa miłosiernego, wykonaną przez meksykańską artystkę Gogy Farias i podarowaną braciom na misję przez Amerykanów. Marcin, Kjub i br. Grzesiek pomogli chłopakom wejść na postument, żeby też mogli zobaczyć
Ciekawa jestem, jak im sie podobała...
Do domu wróciliśmy inną drogą, żeby było jeszcze więcej frajdy z zarzucania i podrzucania. :) Ich uśmiech i radość z tych najprostszych rzeczy są dla mnie tu najważniejsze. Wszystko inne - problemy, które zawsze się znajdą, lubienia i nie-lubienia, interesy, nielojalność, narzekania, nieuczciwość, nieopamiętanie - są niczym, przy uśmiechu dziecka, które może się do ciebie przytulić.

Dzisiejsze przedpołudnie było niesamowite!
A po południu... czekały nas kolejne atrakcje! Powitalno - pożegnalny (Marcin wyjeżdża już za tydzień) występ wszystkich dzieci, którym to występem chciały podziękować także Wam, czytającym to, co tu opisuję, za  Wielkie Serce, jakim je obdarowaliście i wciąż obdarowujecie. One naprawdę doceniają to, że mogą spać na łóżkach, umyć się codziennie, uczyć się w szkole, że mają ładne ubrania, mają buty i zabawki. I że mają co jeść. Spacerując po okolicy spotykam mnóstwo dzieci, którym jest dużo gorzej, niż naszym podopiecznym. Bardzo mi ich żal. Ale wiem, że gdyby nie siostry i ich inicjatywa, naszym dzieciom byłoby jeszcze gorzej. Bo dzieci niewidome są wstydem dla rodziny, bo są obciążeniem, bo są bezużyteczne. No chyba, że wyśle się je na żebry. Czasem sobie myślę, że gdyby nie to, co tu się dzieje, wiele z nich mogłoby już nie żyć. I wtedy wiem, że jestem we właściwym miejscu.

P.S. Występy zawzięcie nagrywałam aż do wyczerpania baterii. Pokazywać będę po powrocie do Polski! :)