Piękne chwile w moim życiu, te najpiękniejsze, wydarzają się ot tak, niezaplanowane. Tym bardziej porusza mnie ich piękno, im bardziej się go nie spodziewam.
Dość spontanicznie bierzemy na popołudniowy spacer maluchy. Całą trzydziestkę siódemkę. Wśród nich te totalnie niewidome, te z dysfunkcjami ruchowymi, z paraliżem, ze złamaną ręką...Grupa do ogarnięcia przez sześć dorosłych osób. Idziemy na sąsiednie wzgórze zobaczyć jak "wyglądamy" z daleka. Dla dzieci frajdą jest już sam spacer, ruch, wyjście poza mury internatu. Wiadomo, że z sąsiedniego wzgórza wiele nie zobaczą. Najwyżej nos kolegi.
Zataczamy koło, żeby nie wracać tą samą trasą. W pewnym momencie jedna z animatorek orientuje się, że idąc dalej drogą nie zdążymy wrócić na kolację. Pada decyzja, żeby wybrać skrót. I idziemy. Ścieżynkami wydeptanymi przez miejscowych, gdzie mieści się tylko jedna osoba; po nierównościach, nad przepaścią, próbując jeszcze omijać niezagospodarowany obornik... Nawet jeśli te trochę-widzące prowadzą te totalnie-niewidome, to wiadomo, że nie myślą o tym jak i po czym je prowadzą. Przecież to przedszkolaki są. Przez głowę przechodzi mi myśl, że powinnam mieć jeszcze ze dwie pary rąk. Rąk, nóg i w ogóle wszystkiego. Przez najbardziej niebezpieczne miejsca przeprowadzamy lub też przenosimy maluchy pojedynczo. Mają taką zabawę, że, mimo powagi sytuacji, i nam się udziela. Ostatecznie dochodzimy do drogi "głównej" w środku jakiejś wioski, gdzie miejscowi własnie podpalają drewno pod garami z wodą, w której będą gotować sobie kolację. Owo miejsce zetknięcia ścieżynki z drogą też nie należy do bezpiecznych, więc przeprawa zajmuje nam dłuższą chwilę. Natychmiast stajemy się atrakcją dla mieszkańców wioski. Niewiele mają w swoim życiu takich atrakcji, więc patrzą, jakby się chcieli napatrzeć na zapas.
Idziemy dalej. Jesteśmy na drodze, po której zdarza się, że jeżdżą samochody, więc też trzeba mieć głowę na karku, a oczy dookoła niej. To droga w remoncie. Poza samochodami jeździ też po niej spychacz i walec. Rozjeżdżają ten czerwony, rwandyjski piach, od którego jesteśmy już cali brudni, bo wszędzie go pełno. Nasze dzieci już prawie nie różnią się wyglądem od tych wioskowych. Może jedynie są mniej zasmarkane.
No i nie otwierają tak szeroko swoich oczu.
Droga na skróty zapewne zajęła nam tyle, co i zajęłaby ta główna.
Docieramy w końcu do domu bardzo zmęczeni.
Jeszcze bardziej głodni.
Najbardziej szczęśliwi.
niedziela, 19 lipca 2015
środa, 15 lipca 2015
kartka z kalendarza
Skreślam dziś piętnastkę. Czerwoną w jednym, różową w drugim kalendarzu.
Te okna to są niby tak zaprojektowane, żeby zacinający tropikalny deszcz nie zalewał pomieszczeń.
I co z tego, jak i tak zalewa.
Oczywiście nie teraz, bo teraz tu jest zima i deszczu ni ma. Jest megaśnie sucho. I w ogóle zimno, uwierzycie? W nocy śpię pod dodatkowym kocem. Rano muszę mieć coś ciepłego na ramionach. A w ciągu dnia trzeba się rozbierać, bo słońce praży niemiłosiernie.
Takie różnice temperatur.
W związku z tym sporo tutejszych choruje. Chodzą w szalikach i chustkach na głowach wiązanych tak, że wyglądają jakby na świnkę chorowali.
ZIMA.
Szkoda, że na nartach nie pojeździsz.
"Pan dał mi braci, nikt mi nie wskazywał, co mam czynić, lecz sam Najwyższy objawił mi, że powinienem żyć według Ewangelii świętej"Kalendarze wiszą, choć nie mają zawieszek, a w moim pokoju nie ma żadnego gwoździa, poza jednym, który jest już zajęty przez Tego, który dał mi braci. Kalendarze wiszą, bo tutejsze okna im na to pozwalają. Okna, które w naszym europejskim klimacie nie miałyby racji bytu, bo nigdy nie da się ich do końca zamknąć. One są jak nasze stare żaluzje, tylko szersze. I szklane, jak to okna. Pamiętam, mieliśmy w domu takie żaluzje z cienkiej blaszki.
Te okna to są niby tak zaprojektowane, żeby zacinający tropikalny deszcz nie zalewał pomieszczeń.
I co z tego, jak i tak zalewa.
Oczywiście nie teraz, bo teraz tu jest zima i deszczu ni ma. Jest megaśnie sucho. I w ogóle zimno, uwierzycie? W nocy śpię pod dodatkowym kocem. Rano muszę mieć coś ciepłego na ramionach. A w ciągu dnia trzeba się rozbierać, bo słońce praży niemiłosiernie.
Takie różnice temperatur.
W związku z tym sporo tutejszych choruje. Chodzą w szalikach i chustkach na głowach wiązanych tak, że wyglądają jakby na świnkę chorowali.
ZIMA.
Szkoda, że na nartach nie pojeździsz.
poniedziałek, 13 lipca 2015
cisza
Jest pewnego rodzaju mistyka w śpiewie młodej Mamy sprzątającej dziewczęcy internat. Ona nie ma o tym pojęcia, ale kiedy jej tak słucham, to wyobrażam sobie wnętrze wiekowej świątyni, niekoniecznie dużej, o grubych kamiennych murach, puste, oświetlone światłem wschodzącego słońca wpadającym przez wąskie okna. Wnętrze w którym trwa coś nienazwanego, niedającego się opisać.
Dzięki niej, biegle operującej internatowym mopem, przeniosłam się na chwilę w inny świat. W świat, w którym bywałam nie raz, i który tak bardzo mnie zachwycał.
Włochy.
Słoneczne, leniwe, mistyczne.
Moje.
Przynajmniej dwie bliskie mi osoby właśnie tam teraz są i w zupełnie różne od siebie sposoby otwierają się na Głos. W samotności i we wspólnocie. Podróżując i pozostając w jednym miejscu.
Tym, co je łączy jest cisza.
Cisza, dzięki której obie uczą się słuchać.
Dzięki niej, biegle operującej internatowym mopem, przeniosłam się na chwilę w inny świat. W świat, w którym bywałam nie raz, i który tak bardzo mnie zachwycał.
Włochy.
Słoneczne, leniwe, mistyczne.
Moje.
Przynajmniej dwie bliskie mi osoby właśnie tam teraz są i w zupełnie różne od siebie sposoby otwierają się na Głos. W samotności i we wspólnocie. Podróżując i pozostając w jednym miejscu.
Tym, co je łączy jest cisza.
Cisza, dzięki której obie uczą się słuchać.
Nie może istnieć słowo, jeśli zarazem nie ma ciszy. /A. Pronzato/
sobota, 11 lipca 2015
Po trzykroć: W KOŃCU!
Po pierwsze: DZIECI.
Wczoraj dotarłyśmy z Anią do Kibeho. Podróż naszą całą zgrają (sR, Ania, Niuniek-kierowca, ja oraz tona naszych bagaży) zaczęliśmy niedługo po pallotyńskim śniadaniu, w okolicach godziny 9. Niestety na miejsce dojechaliśmy po 12 godzinach i to bez siostry, która w wyniku ciągłych problemów z odbiorem kontenera zmuszona była zostać w Kigali jeszcze do poniedziałku. Za nami cały dzień załatwiania, jeżdżenia po potrzebne zgody od instytucji do instytucji, wracania się z drogi do Kibeho, stania w korkach gorszych niż krakowskie... Ale nic to. W końcu spotkałam się z dzieciakami! Czekały na nas od środy. Uścisków nie było końca! W rezultacie Mamy Nocne musiały trochę na dzieciaki pokrzyczeć, żeby wracały do łóżek, a przede wszystkim dały nam oddychać :)
Dziś też przyłażą pod byle pretekstem, kochane gęby! :)
Po drugie: LWY.
Z rwandyjskiego dziennika "The New Times", na który rzuciłam gdzieś wczoraj okiem w jednej z odwiedzanych przez nas instytucji, wiem, że od 1 lipca są już lwy w Akagera Park. O tym, że mieli je sprowadzić, słyszałam już w zeszłym roku. Miło, że doszło to do skutku. Ostatnie lwy w Rwandzie widziano w czasach ludobójstwa. Także, jeśli ktoś myślał o tym, żeby mnie tu odwiedzić, to jest dodatkowy powód. :) Ja jeszcze mam zaległe żyrafy, bo jak tam byłam to się z nimi minęłam, także chętnie wybiorę się znów. Zatem zapraszam! Ja się ucieszę, rwandyjska turystyka się ucieszy, lwy się pewnie też ucieszą... ale spokojnie, mam gaz na tygrysy - domyślam się, że na lwy też zadziała, jakby lwia radość była zbyt duża i sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. A, i jeśli się już wybierzecie, to najlepiej przyjedzcie samochodem, i to jakimś terenowym. Bo siostry sprzedały Maluszka, a na nogach do Akagery nas nie wpuszczą.
Po trzecie: MAMA.
Ten moment, kiedy czytasz pierwszego w życiu maila od swojej mamy skierowanego bezpośrednio do ciebie i nie możesz powstrzymać słonawych kropli spływających ci po policzku. Bo Ona pisze do ciebie takie rzeczy! "Moja Kochana bardzo się cieszę ze wszystkich nowych wiadomości. Tutaj wszystko po staremu tylko Iza zaprzyjaźniła się z dziećmi z Warszawy."
albo "Iza jest wyjątkowo bystra i zabawna, oświadczyła mi dzisiaj, że piosenka o kochaniu jest dla Ciebie wszystko w zależności od okoliczności, bo śpiewa ją też dla mamy, albo dla mnie."
Tu kończą mi się słowa.
Już nic nie trzeba.
Dziś oczywiście tak. Nie inaczej.
Mt 19,29
środa, 8 lipca 2015
6:15
Jestem!!! Żyję!!!
6:15. Dziś.
Delikatne pukanie do drzwi spowodowało podniesienie przeze mnie jednej powieki. Ojej, nie słyszałam budzika! A umawiałam się z sR na wspólne poranne powędrowanie na Mszę. Otwieram drzwi, a tam poza siostrą jeszcze ojciec. Zdzich. Dwie osoby konsekrowane w pełnej gotowości. A ja w piżamie i prawie bez świadomości.
-"Mówiłam, śpij do oporu!"- powiedziała sR z troską w głosie.
-"Nie, nie, dobrze, ja..yyy.. zobaczę, czy zdążę..."
Ba, oczywiście, że zdążyłam. W końcu 15 minut i w Krakowie mi nieraz wystarczało. A tu kaplicę mam pod nosem, co najmniej tak, jakbym na Loretańską szła z klasztornej celi. A nie z Garncarskiej.
Jakieś 8 godzin wcześniej kładłam się spać w całkiem nowym, czystym, niemalże ekskluzywnym pokoju pallotyńskiego domu pielgrzyma w Kigali.
Jakieś 14 godzin wcześniej spotkałam się z sR na lotnisku.
Jakieś 38 godzin wcześniej rozpoczynałam swoją podróż. W Krakowie. Obdarowana dodatkowym bagażem, gazem pieprzowym na rwandyjskie tygrysy i całą masą uścisków, dobrych życzeń oraz czegoś pięknego, czego nie trzeba było wyrażać, bo czuło się samo przez się. Tutaj chciałabym za to "coś" podziękować, choć tę wdzięczność też wyrazić jest mi ciężko. Czy dwa razy żegnana przez tych samych Ludzi, to już tradycyjnie przez nich żegnana? :)
Cała podróż minęła bardzo przyzwoicie. Nie mam w zwyczaju narzekać (przynajmniej od jakiegoś czasu), więc nieoczekiwaną zmianę trasy ostatniego samolotu i międzylądowanie w Bujumbura odczytajcie jako ciekawą przygodę. Tak samo dosiadającego się tamże, niesamowicie zmęczonego, natychmiast zasypiającego i niepanującego nad swoim ciężkim ciałem, lepkiego od potu Indusa (Indyjczyka), który to Indus (Indyjczyk) zdecydowanie bardziej nie panował nad swoim ciałem w moim kierunku, niż w kierunku równie spoconego Afrykańczyka, siedzącego z jego drugiej strony. Ach te przygody. Całą wtorkową liturgię godzin udało mi się dzięki nim odmówić. Bo przecież jak są przygody, to spać się nie da!
No, ale jestem już tu i jest dobrze. Czuję się tak bardzo pod opieką! Wszystkie moje wątpliwości, które wielu z Was miało okazję ode mnie usłyszeć przed wyjazdem, zniknęły. Jak ręką odjął. Postawiłam stopę na tej ziemi, uroniłam jeszcze kilka łez smutku i wzruszenia, i koniec. Przeszło. Jestem u siebie, wiem to. I przypominając sobie słowa Bartka: to nie jest tak, że coś mnie gdzieś mija, bo to zostawiłam. Rzeczy, momenty, sytuacje nas nie mijają, tylko wydarzają się. A dla nas wydarzają się inne. Bardziej odpowiednie na konkretny czas. Na przykład teraz wcale nie mija mnie "bardzo franciszkowe" spotkanie WueFu. Ono się odbywa, dzieje się i wypełnia. A mnie dane jest przeżywać coś innego, równie pięknego i dla mnie właśnie zaplanowanego. Piękne jest jeszcze to, że czas mamy ten sam i że jak ja mam tu teraz 20:43, to i u Janka na Litewskiej jest 20:43. I myślę sobie o Was siedzących tam i rozkminiających dzieje Franciszka i czuję z Wami wspólnotę! I kibicuję: POWODZENIA!
I kończę na dziś, bo jeszcze muszę odespać.
PS. Mam nadzieję, że komary, które mnie tu atakują nie są malaryczne. Nie mogę znaleźć mojej muggi!
6:15. Dziś.
Delikatne pukanie do drzwi spowodowało podniesienie przeze mnie jednej powieki. Ojej, nie słyszałam budzika! A umawiałam się z sR na wspólne poranne powędrowanie na Mszę. Otwieram drzwi, a tam poza siostrą jeszcze ojciec. Zdzich. Dwie osoby konsekrowane w pełnej gotowości. A ja w piżamie i prawie bez świadomości.
-"Mówiłam, śpij do oporu!"- powiedziała sR z troską w głosie.
-"Nie, nie, dobrze, ja..yyy.. zobaczę, czy zdążę..."
Ba, oczywiście, że zdążyłam. W końcu 15 minut i w Krakowie mi nieraz wystarczało. A tu kaplicę mam pod nosem, co najmniej tak, jakbym na Loretańską szła z klasztornej celi. A nie z Garncarskiej.
Jakieś 8 godzin wcześniej kładłam się spać w całkiem nowym, czystym, niemalże ekskluzywnym pokoju pallotyńskiego domu pielgrzyma w Kigali.
Jakieś 14 godzin wcześniej spotkałam się z sR na lotnisku.
Jakieś 38 godzin wcześniej rozpoczynałam swoją podróż. W Krakowie. Obdarowana dodatkowym bagażem, gazem pieprzowym na rwandyjskie tygrysy i całą masą uścisków, dobrych życzeń oraz czegoś pięknego, czego nie trzeba było wyrażać, bo czuło się samo przez się. Tutaj chciałabym za to "coś" podziękować, choć tę wdzięczność też wyrazić jest mi ciężko. Czy dwa razy żegnana przez tych samych Ludzi, to już tradycyjnie przez nich żegnana? :)
Cała podróż minęła bardzo przyzwoicie. Nie mam w zwyczaju narzekać (przynajmniej od jakiegoś czasu), więc nieoczekiwaną zmianę trasy ostatniego samolotu i międzylądowanie w Bujumbura odczytajcie jako ciekawą przygodę. Tak samo dosiadającego się tamże, niesamowicie zmęczonego, natychmiast zasypiającego i niepanującego nad swoim ciężkim ciałem, lepkiego od potu Indusa (Indyjczyka), który to Indus (Indyjczyk) zdecydowanie bardziej nie panował nad swoim ciałem w moim kierunku, niż w kierunku równie spoconego Afrykańczyka, siedzącego z jego drugiej strony. Ach te przygody. Całą wtorkową liturgię godzin udało mi się dzięki nim odmówić. Bo przecież jak są przygody, to spać się nie da!
No, ale jestem już tu i jest dobrze. Czuję się tak bardzo pod opieką! Wszystkie moje wątpliwości, które wielu z Was miało okazję ode mnie usłyszeć przed wyjazdem, zniknęły. Jak ręką odjął. Postawiłam stopę na tej ziemi, uroniłam jeszcze kilka łez smutku i wzruszenia, i koniec. Przeszło. Jestem u siebie, wiem to. I przypominając sobie słowa Bartka: to nie jest tak, że coś mnie gdzieś mija, bo to zostawiłam. Rzeczy, momenty, sytuacje nas nie mijają, tylko wydarzają się. A dla nas wydarzają się inne. Bardziej odpowiednie na konkretny czas. Na przykład teraz wcale nie mija mnie "bardzo franciszkowe" spotkanie WueFu. Ono się odbywa, dzieje się i wypełnia. A mnie dane jest przeżywać coś innego, równie pięknego i dla mnie właśnie zaplanowanego. Piękne jest jeszcze to, że czas mamy ten sam i że jak ja mam tu teraz 20:43, to i u Janka na Litewskiej jest 20:43. I myślę sobie o Was siedzących tam i rozkminiających dzieje Franciszka i czuję z Wami wspólnotę! I kibicuję: POWODZENIA!
I kończę na dziś, bo jeszcze muszę odespać.
PS. Mam nadzieję, że komary, które mnie tu atakują nie są malaryczne. Nie mogę znaleźć mojej muggi!
poniedziałek, 6 lipca 2015
Kiedy Bóg mówi do ciebie wprost
Jakby mi było mało zapewnień z Jego strony, albo jakbym przez przypadek Mu nie uwierzyła (no właśnie!), to na sam wyjazd dostałam taką oto patronkę dnia http://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/07-06a.php3 Nic, tylko rzucić te salony i jechać.
I już więcej się nie bać!
A potem wracać, jak Jakub. Rdz 28, 10-22a Po sześciu, lub dziewięciu miesiącach.
Czeka mnie blisko 20h podróży. Będę wdzięczna za każdą modlitwę, dobrą myśl, wspomnienie. Sama też będę Was polecać Najwyższemu, zostawiając ślady na niebie.
Dam znać jak już się tam znajdę i odnajdę.
Pax!
https://www.youtube.com/watch?v=teJtMRjR_tY
I już więcej się nie bać!
A potem wracać, jak Jakub. Rdz 28, 10-22a Po sześciu, lub dziewięciu miesiącach.
Czeka mnie blisko 20h podróży. Będę wdzięczna za każdą modlitwę, dobrą myśl, wspomnienie. Sama też będę Was polecać Najwyższemu, zostawiając ślady na niebie.
Dam znać jak już się tam znajdę i odnajdę.
Pax!
https://www.youtube.com/watch?v=teJtMRjR_tY
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Powrót
Przeszło rok czasu bez zaglądania Tu.
Wracam Tu i wracam Tam. A właściwie wracam Tu, BO wracam Tam. Prawdziwy obraz się nie zatarł. Został jedynie zamknięty za grubą szybą braku czasu na poskładanie i zapisanie myśli. Mam nadzieję, że Tam, gdzie czas płynie inaczej, na powrót zacznie rozbrzmiewać bicie serca.
Ja jestem. Wciąż jestem. I trwam.
I wracam.
Wracam do tych, którzy potrzebują; wracam po to, aby ich bogactwo było mi pomocą w moim niedostatku.
Jeszcze tydzień.
2 Kor 8,7-15
...więc udzielam wam rady, a to przyniesie pożytek wam, którzy zaczęliście już ubiegłego roku nie tylko chcieć, lecz i działać. Doprowadźcie teraz to dzieło do końca, aby czynne podzielenie się tym, co macie, potwierdzało waszą chętną gotowość.
Wracam Tu i wracam Tam. A właściwie wracam Tu, BO wracam Tam. Prawdziwy obraz się nie zatarł. Został jedynie zamknięty za grubą szybą braku czasu na poskładanie i zapisanie myśli. Mam nadzieję, że Tam, gdzie czas płynie inaczej, na powrót zacznie rozbrzmiewać bicie serca.
Ja jestem. Wciąż jestem. I trwam.
I wracam.
Wracam do tych, którzy potrzebują; wracam po to, aby ich bogactwo było mi pomocą w moim niedostatku.
Jeszcze tydzień.
2 Kor 8,7-15
...więc udzielam wam rady, a to przyniesie pożytek wam, którzy zaczęliście już ubiegłego roku nie tylko chcieć, lecz i działać. Doprowadźcie teraz to dzieło do końca, aby czynne podzielenie się tym, co macie, potwierdzało waszą chętną gotowość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)