poniedziałek, 13 lipca 2015

cisza

Jest pewnego rodzaju mistyka w śpiewie młodej Mamy sprzątającej dziewczęcy internat. Ona nie ma o tym pojęcia, ale kiedy jej tak słucham, to wyobrażam sobie wnętrze wiekowej świątyni, niekoniecznie dużej, o grubych kamiennych murach, puste, oświetlone światłem wschodzącego słońca wpadającym przez wąskie okna. Wnętrze w którym trwa coś nienazwanego, niedającego się opisać.
Dzięki niej, biegle operującej internatowym mopem, przeniosłam się na chwilę w inny świat. W świat, w którym bywałam nie raz, i który tak bardzo mnie zachwycał.
Włochy.
Słoneczne, leniwe, mistyczne.
Moje.
Przynajmniej dwie bliskie mi osoby właśnie tam teraz są i w zupełnie różne od siebie sposoby otwierają się na Głos. W samotności i we wspólnocie. Podróżując i pozostając w jednym miejscu.
Tym, co je łączy jest cisza.
Cisza, dzięki której obie uczą się słuchać.
Nie może istnieć słowo, jeśli zarazem nie ma ciszy. /A. Pronzato/

sobota, 11 lipca 2015

Po trzykroć: W KOŃCU!


Po pierwsze: DZIECI.
Wczoraj dotarłyśmy z Anią do Kibeho. Podróż naszą całą zgrają (sR, Ania, Niuniek-kierowca, ja oraz tona naszych bagaży) zaczęliśmy niedługo po pallotyńskim śniadaniu, w okolicach godziny 9. Niestety na miejsce dojechaliśmy po 12 godzinach i to bez siostry, która w wyniku ciągłych problemów z odbiorem kontenera zmuszona była zostać w Kigali jeszcze do poniedziałku. Za nami cały dzień załatwiania, jeżdżenia po potrzebne zgody od instytucji do instytucji, wracania się z drogi do Kibeho, stania w korkach gorszych niż krakowskie... Ale nic to. W końcu spotkałam się z dzieciakami! Czekały na nas od środy. Uścisków nie było końca! W rezultacie Mamy Nocne musiały trochę na dzieciaki pokrzyczeć, żeby wracały do łóżek, a przede wszystkim dały nam oddychać :)
Dziś też przyłażą pod byle pretekstem, kochane gęby! :)

Po drugie: LWY.
Z rwandyjskiego dziennika "The New Times", na który rzuciłam gdzieś wczoraj okiem w jednej z odwiedzanych przez nas instytucji, wiem, że od 1 lipca są już lwy w Akagera Park. O tym, że mieli je sprowadzić, słyszałam już w zeszłym roku. Miło, że doszło to do skutku. Ostatnie lwy w Rwandzie widziano w czasach ludobójstwa. Także, jeśli ktoś myślał o tym, żeby mnie tu odwiedzić, to jest dodatkowy powód. :) Ja jeszcze mam zaległe żyrafy, bo jak tam byłam to się z nimi minęłam, także chętnie wybiorę się znów. Zatem zapraszam! Ja się ucieszę, rwandyjska turystyka się ucieszy, lwy się pewnie też ucieszą... ale spokojnie, mam gaz na tygrysy - domyślam się, że na lwy też zadziała, jakby lwia radość była zbyt duża i sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. A, i jeśli się już wybierzecie, to najlepiej przyjedzcie samochodem, i to jakimś terenowym. Bo siostry sprzedały Maluszka, a na nogach do Akagery nas nie wpuszczą.

Po trzecie: MAMA.
Ten moment, kiedy czytasz pierwszego w życiu maila od swojej mamy skierowanego bezpośrednio do ciebie i nie możesz powstrzymać słonawych kropli spływających ci po policzku. Bo Ona pisze do ciebie takie rzeczy! "Moja Kochana bardzo się cieszę ze wszystkich nowych wiadomości. Tutaj wszystko po staremu  tylko Iza zaprzyjaźniła się z dziećmi z Warszawy."
albo "Iza jest wyjątkowo bystra i zabawna, oświadczyła mi dzisiaj, że piosenka o kochaniu jest dla Ciebie wszystko w zależności od okoliczności, bo śpiewa ją też dla mamy, albo dla mnie."
Tu kończą mi się słowa.
Już nic nie trzeba.

 
 
Dziś oczywiście tak. Nie inaczej.
Mt 19,29

środa, 8 lipca 2015

6:15

Jestem!!! Żyję!!!

6:15. Dziś.
Delikatne pukanie do drzwi spowodowało podniesienie przeze mnie jednej powieki. Ojej, nie słyszałam budzika! A umawiałam się z sR na wspólne poranne powędrowanie na Mszę. Otwieram drzwi, a tam poza siostrą jeszcze ojciec. Zdzich. Dwie osoby konsekrowane w pełnej gotowości. A ja w piżamie i prawie bez świadomości.
-"Mówiłam, śpij do oporu!"- powiedziała sR z troską w głosie.
-"Nie, nie, dobrze, ja..yyy.. zobaczę, czy zdążę..."
Ba, oczywiście, że zdążyłam. W końcu 15 minut i w Krakowie mi nieraz wystarczało. A tu kaplicę mam pod nosem, co najmniej tak, jakbym na Loretańską szła z klasztornej celi. A nie z Garncarskiej.

Jakieś 8 godzin wcześniej kładłam się spać w całkiem nowym, czystym, niemalże ekskluzywnym pokoju pallotyńskiego domu pielgrzyma w Kigali.

Jakieś 14 godzin wcześniej spotkałam się z sR na lotnisku.

Jakieś 38 godzin wcześniej rozpoczynałam swoją podróż. W Krakowie. Obdarowana dodatkowym bagażem, gazem pieprzowym na rwandyjskie tygrysy i całą masą uścisków, dobrych życzeń oraz czegoś pięknego, czego nie trzeba było wyrażać, bo czuło się samo przez się. Tutaj chciałabym za to "coś" podziękować, choć tę wdzięczność też wyrazić jest mi ciężko. Czy dwa razy żegnana przez tych samych Ludzi, to już tradycyjnie przez nich żegnana? :)

Cała podróż minęła bardzo przyzwoicie. Nie mam w zwyczaju narzekać (przynajmniej od jakiegoś czasu), więc nieoczekiwaną zmianę trasy ostatniego samolotu i międzylądowanie w Bujumbura odczytajcie jako ciekawą przygodę. Tak samo dosiadającego się tamże, niesamowicie zmęczonego, natychmiast zasypiającego i niepanującego nad swoim ciężkim ciałem, lepkiego od potu Indusa (Indyjczyka), który to Indus (Indyjczyk) zdecydowanie bardziej nie panował nad swoim ciałem w moim kierunku, niż w kierunku równie spoconego Afrykańczyka, siedzącego z jego drugiej strony. Ach te przygody. Całą wtorkową liturgię godzin udało mi się dzięki nim odmówić. Bo przecież jak są przygody, to spać się nie da!

No, ale jestem już tu i jest dobrze. Czuję się tak bardzo pod opieką! Wszystkie moje wątpliwości, które wielu z Was miało okazję ode mnie usłyszeć przed wyjazdem, zniknęły. Jak ręką odjął. Postawiłam stopę na tej ziemi, uroniłam jeszcze kilka łez smutku i wzruszenia, i koniec. Przeszło. Jestem u siebie, wiem to. I przypominając sobie słowa Bartka: to nie jest tak, że coś mnie gdzieś mija, bo to zostawiłam. Rzeczy, momenty, sytuacje  nas nie mijają, tylko wydarzają się. A dla nas wydarzają się inne. Bardziej odpowiednie na konkretny czas. Na przykład teraz wcale nie mija mnie "bardzo franciszkowe" spotkanie WueFu. Ono się odbywa, dzieje się i wypełnia. A mnie dane jest przeżywać coś innego, równie pięknego i dla mnie właśnie zaplanowanego. Piękne jest jeszcze to, że czas mamy ten sam i że jak ja mam tu teraz 20:43, to i u Janka na Litewskiej jest 20:43. I myślę sobie o Was siedzących tam i rozkminiających dzieje Franciszka i czuję z Wami wspólnotę! I kibicuję: POWODZENIA!

I kończę na dziś, bo jeszcze muszę odespać.

PS. Mam nadzieję, że komary, które mnie tu atakują nie są malaryczne. Nie mogę znaleźć mojej muggi!

poniedziałek, 6 lipca 2015

Kiedy Bóg mówi do ciebie wprost

Jakby mi było mało zapewnień z Jego strony, albo jakbym przez przypadek Mu nie uwierzyła (no właśnie!), to na sam wyjazd dostałam taką oto patronkę dnia http://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/07-06a.php3 Nic, tylko rzucić te salony i jechać.
I już więcej się nie bać!

A potem wracać, jak Jakub. Rdz 28, 10-22a Po sześciu, lub dziewięciu miesiącach.

Czeka mnie blisko 20h podróży. Będę wdzięczna za każdą modlitwę, dobrą myśl, wspomnienie. Sama też będę Was polecać Najwyższemu, zostawiając ślady na niebie.
Dam znać jak już się tam znajdę i odnajdę.

Pax!

https://www.youtube.com/watch?v=teJtMRjR_tY

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Powrót

Przeszło rok czasu bez zaglądania Tu.
Wracam Tu i wracam Tam. A właściwie wracam Tu, BO wracam Tam. Prawdziwy obraz się nie zatarł. Został jedynie zamknięty za grubą szybą braku czasu na poskładanie i zapisanie myśli. Mam nadzieję, że Tam, gdzie czas płynie inaczej, na powrót zacznie rozbrzmiewać bicie serca.
Ja jestem. Wciąż jestem. I trwam.
I wracam.

Wracam do tych, którzy potrzebują; wracam po to, aby ich bogactwo było mi pomocą w moim niedostatku.

Jeszcze tydzień.


2 Kor 8,7-15
...więc udzielam wam rady, a to przyniesie pożytek wam, którzy zaczęliście już ubiegłego roku nie tylko chcieć, lecz i działać. Doprowadźcie teraz to dzieło do końca, aby czynne podzielenie się tym, co macie, potwierdzało waszą chętną gotowość.

czwartek, 19 czerwca 2014

to die/ta/


Aby osłodzić sobie życie, jem właśnie czerwonego grejpruta, bo cukru mi nie wolno. W związku z tym, że nie wolno, nie zjem na przykład truskawkowej tarty pachnącej wyśmienicie, która trafiła do nas poniekąd w wyniku obciętego opuszka palca.
Nie zjem też wielu innych potraw, które świętować dziś będą okrągłość mojego brata.
Umówione spotkanie zanim-to-wszystko, pewnie nie dojdzie do skutku. Powody mogą być różne
Moje myśli wracają tam, do tego miejsca, w którym niedawno zostawiłam coś, jakąś część. Jakiegoś mięśnia chyba. One prawdopodobnie też wolą tam być.
Nie wiem, czy wróciłam stamtąd inna.
Czy po prostu zapomniałam już, jak to jest.
Czuję się lekko, bo nie dostarczam sobie żadnych tłuszczów i niemal żadnych cukrów, i ciężko, dlatego, że tego nie robię.
Prawda nas wyzwoli. Pod warunkiem, że jest jedna i cała.
Staram się zapomnieć o kawie, pijąc przegotowaną wodę z cytrynowym sokiem.

Obumrzeć muszę, aby żyć.

wtorek, 3 czerwca 2014

wolontariat (jeśli podczas gotowania wyleje ci się coś na kuchenkę, możesz to posprzątać)

To nie jest li tylko praca bez wynagrodzenia.
To zaangażowanie.
To czynienie życia milszym, przyjemniejszym, wygodniejszym ludziom, z którymi się żyje.

Jesteś wolontariuszem - robisz coś dla innych. Aby być wolontariuszem nie trzeba jechać do Afryki. Można nim być w krakowskim mieszkaniu, do którego przez okno zagląda chory kasztan.

Wolna wola dana nam w tym życiu, to w ogóle jakiś odlot. Nic nie musisz. Wszystko możesz.

Jeśli podczas gotowania wyleje ci się coś na kuchenkę, nie musisz tego sprzątać. Wcale nie musisz czyścić tostera po roztopionym żółtym serze. Ale możesz to zrobić. Czyż to nie jest piękne? Takie uczucie, że możesz zrobić coś dla innych z własnej, wolnej woli. Nawet jeśli oni tego nie docenią.

No i jest taki, który na pewno doceni.
Bo widzi tam, gdzie nikt nie widzi.